Moi mili zaglądacze:

środa, 6 lutego 2013

CZERŃ- nowa biel naszych wnętrz?

Znamy to powiedzenie ze świata mody, gdy jakiś kolor króluje w danym sezonie, tylko tam zwykle jest odwrotnie- wszystko jest porównywane do czerni, np. granat- nowa czerń tego sezonu!!!
We wnętrzach inaczej- jeszcze do niedawna wszystko było malowane na biało, a teraz? coraz częściej dodatki są kruczo-połyskliwo czarne.
Powiem Wam, że i ja się nie obroniłam przed tą modą, bo coś jest magnetycznego w tym kolorze we wnętrzu...
Myślę, że jednak nie dojdziemy, jak w przypadku bieli, do " total black", ale przed inwazją czarnych akcentów się nie obronimy.
Przykładem tego moja "ściana pamięci":


Od dawna zastanawiałam się co powiesić na ścianie przy schodach, którą wchodzący do naszego holu ma na wprost... jakoś nic mi tam nie pasowało, ale któregoś dnia małżonek porządkujący strych przyniósł stertę zapomnianych ramek.
Zawsze byłam miłośniczką tej ozdoby i przez 20 lat uzbierało się tego trochę... przeszłam się jeszcze po różnych miejscach, pozamieniałam niektóre wiszące już w domu ramki  na antyramy i zebrałam to:


ułożyłam kompozycję na stole i stwierdziłam, że wygląda jak ze śmietnika... lubię zbieraninki ale tu już było lekkie przegięcie...
Jak to ujednolicić choć troszkę?

Ano tak:


Czarny spray, dobrze wentylowane pomieszczenie i folia na stół :-)).

I teraz wchodzący ma taki widok:



z góry wygląda to tak:

Wykorzystałam stare, rodzinne zdjęcia, do których zawsze miałam sentyment ( moje ulubione zajęcia w dzieciństwie to: przeglądanie bombek, guzików i zdjęć...).
Oczywiście mam ich więcej, ale te są moimi ulubionymi- teraz idąc po schodach mogę się do nich uśmiechnąć!



To jest też dowód na to, że czasem nie należy się spieszyć z dekoracjami, zwłaszcza, gdy nie jesteśmy do nich przekonani...
Ja nie mogłabym urządzić domu w ciągu np. tygodnia, bo wiele rzeczy mi się układa dopiero z czasem... no i nie wyobrażam sobie, by ktoś to robił za mnie!!!!

A Wy? Jak macie? od razu całe wnętrze czy dobierane powoli detale?
 
Pozdrawiam serdecznie,
ystin


PS. Chciałam bardzo serdecznie podziękować za wyróżnienia, które od Was dostaję- wszystko jest skrupulatnie notowane na dole strony mojego bloga, ale wybaczcie, że nie odpowiadam na zadania tych wyzwań i nie podaję dalej- i tak męczę Was swoimi postami więc nie będę dokładać jeszcze wynurzeń osobistych... może kiedyś....
Jeszcze raz serdecznie za wyróżnienia dziękuję , bo są one przecież niezwykle miłym dowodem Waszej uwagi♥♥♥

sobota, 2 lutego 2013

brak śniegu, ptaszki i...


modrzewiowe gałązki wstawione do wazonu nabrzmiały i wypuściły kwiatki ( tak, tak, to kwiaty, i to męskie na dodatek- spróbuję wypatrzeć żeńskie...igiełki-listki będą później...)
Wszystko zaczęło się tydzień temu , gdy zrobiłam panna cotę na deser dla gości  i postanowiłam ją zfotografować ( czy sfotografować??/):


Pączki na gałązkach wydały mi się nieco większe niż zaraz po przyniesieniu poprzedniego dnia... pomyślałam sobie- czemu nie... nalałam więc wody do dzbanka i co dzień je doglądałam, wymieniałam wodę, podcinałam końce gałązek... no i proszę,.
Zakwitły!  i hiacynty i modrzew!


Hiacynty są cudne i pachnące, oczywiście dobrałam ich kolor do wnętrza:




Na ścianie jeszcze bombki- podobno mogą wisieć do 2.02, czyli powinnam je dzisiaj zdjąć, ale co tam, zdejmę jak już będzie coś do powieszenia w zamian- a przyznam, że coś mi chodzi po głowie, więc może wkrótce...

Na razie, skoro już  wspomniałam o deserku, polecę Wam tę panna cotę:


smaczną i prostą w wykonaniu ( niestety też kaloryczną...):

0,5 l śmietanki 30%
1 szkl. mleka
1 szkl. cukru
4 łyżeczki żelatyny w proszku
wanilia ( wydłubane ziarenka lub cukier wnilinowy- paczka)
malinki świeże, mrożone lub ze słoika.

Żelatynę ( niestety trzeba drogą prób i błędów dobrać odpowiednią ilość, bo łyżeczka łyżeczce nie równa, a i żelatyna jest różna- ja biorę 4 płaskie łyżeczki;  chodzi o to, żeby nie było za dużo- bosię zrobi za twarda galareta, ani za mało bo się dobrze nie zetnie..) zalewamy 4 łyżkami wody do napęcznienia.
Śmietanę z mlekiem, cukrem  i wanilią podgrzewmy w rondelku ( nie gotujemy, ale musi być prawie, prawie...), zdejmujemy z ognia, dodajemy żelatynę i mieszamy do rozpuszczenia. Schładzamy, do konsystencji jogurtu.
W pucharkach na dno dajemy rozgniecione malinki ( można lekko posłodzić jeśli mocno kwaśne, ale w sumie tak powinno być- na zasadzie kontrastu...) lub co tam mamy . Delikatnie, uważając by nie zmącić malinkowego podkładu i nie pobrudzić ścianek pucharka dodajemy masę  śmietanową.
Odstawiamy w chłodne miejsce do stęgnięcia.
Panna cotę można  robić też w naczynkach do zapiekania i wyjąć przed podaniem tak, by maliny były na wierzchu- odwracając jak babkę z piasku  ( naczynie należy wstawić na chwilkę do gorącej wody, wtedy deserek łatwiej wyjdzie).

Z podanej ilości wychodzi 8-10 porcji.

Smacznego wiosennego!
ystin



PS. a następnym razem o tym:

czwartek, 31 stycznia 2013

czyżby wiosna?

przyleciały do mnie ptaszki... hm... jednak troszkę naciągam...



zakochałam się w tym wzorze , gdy zobaczyłam je u Mady z No Place Like Home najpierw tu a potem tu- gdy takie kolorowe przysiadły na jej pięknej mobili...
zapragnęłam ich gorąco, a że jak pamiętacie miałam czymś ( w planach były motylki...)ozdobić gałązki modrzewiowe ustawione w bańkach, decyzja była prosta.

Poszukiwania w necie też, choć pierwszy wykrój znalazłam na blogu, gdzie jego właścicielka nie podała źródła, choć wykrój ewidentnie nie jej. Wiecie, że tego nie lubię, więc poszukałam kierując się logo na wykroju i tak trafiłam na stronę spool, skąd wykrój pochodzi, wiec teraz z całą odpowiedzialnością go Wam pokazuję.

Oczywiście wersję do druku znajdziecie w dziale  FREE PATTERNS! na powyższej stronie
Do uszycia ptaszków wykorzystałam stara jedwabną apaszkę w dość psychodeliczne wzory, ale na ptaszkach prezentuje się on wręcz idealnie ( moim zdaniem):






Ponieważ nie mam zbyt dużego doświadczenia w szyciu, nie wiedziałam na co się porywam, planując szycie z jedwabiu...
 już na etapie krojenia były schody, bo jest to wyjątkowo niewdzięczny materiał, rozciąga się w dziwnych kierunkach, ślizga itp...
Z szyciem było jeszcze gorzej! może są specjalne maszyny/igły/nici do szycia jedwabiu?  nie wiem, ja w każdym razie w desperacji szyłam z papierem!!
 po prostu kładłam to co chciałam zszyć na kartce i szyłam wszystko razem a potem tylko odrywałam delikatnie kartkę... jakoś dało radę...
z tego powodu  powstały na razie tylko trzy, ale są takie wdzięczne, że nie wiem czy nie pomęczę się jeszcze troszkę...

Polecam je Wam serdecznie bo wiosenką zapachniało na pewno.

całuski serdeczne
ystin

PS. szyłam je wczoraj wieczorem, było już cichutko i nagle... zawaliło się pół domu!!!
no przynajmniej miałam takie wrażenie... zamarałam- a to tylko śnieg zsuwający się z dachu....

poniedziałek, 28 stycznia 2013

stare bańki i nowy dzban

Wiecie, że jak jest okazja to trzeba brać, bo się potem ne wrati... i tak właśnie było w przypadku starych baniek gospodarskich, które wypatrzyłam na allegro- wiedziałam że muszę... tylko jak tu wytłumaczyć mężowi kolejny zakup starych szpei???
Wpadłam na pewien chytry plan: powiedziałam, że wiem co chcę dostać na Walentynki... no wiem, ze jeszcze troszkę, ale poszło!
i oto są:

dwie takie

 
W ramach poświątecznej zmiany dekoracji wstawiłam w nie gałęzie modrzewiowe, które chciałabym ozdobić motylkami, ale jeszcze takowych nie uskuteczniłam, więc czekają:
 




i jeszcze jedna taka:


Też z  modrzewiowymi gałązkami i  bawełnianą kokardką "zdobi"  hol


Mój mąż twierdzi, że idę w extrema, jeśli chodzi o vintage...że ludzie tego nie zrozumieją...
no cóż, w końcu dom mam być dla mnie, nie dla ludzi, więc to mi ma się podobać...

ale faktem jest, że na kolędzie , gdy temat zszedł na stół przy którym siedzieliśmy, i szpary w tymże,  ksiądz zaproponował, żeby je silikonem uzupełnić... albo szybę położyć... dobrze, że nie doszedł do ceraty...;-)).


Za to dzban , dostany od naszych przyjaciół, których gościliśmy w weekend , podoba się mojemu R. bardzo- a ja jestem wręcz zachwycona- idealne połączenie zgrzebności i delikatności:


no i jest ogromny:


już widzę w nim kwitnącą gałąź czereśni...eh... jeszcze troszkę♥

Magduś- bardzo, baardzo Ci dziekuję!

 A Wam  życzę
miłego tygodnia
♥♥♥
J.

czwartek, 24 stycznia 2013

jest i stół ♥


Wyczekany, wymarzony a co najważniejsze włąsnoręczny!!!


Trochę trwało zanim się pojawił w swojej ostatecznej wersji, bo nogi:

kupiłam we wrześniu a deski leżały u nas chyba z dwa lata...

W końcu mężuś wziął się za nie, oszlifował, połączył i przymocował nogi a mi pozostało już tylko wykończenie.
Najpierw naniosłam brązową farbą akrylowa ornament na deskę pod blatem ( nie wiem jak ona się fachowo nazywa, i czy wogóle ma jakąś nazwę...).
Wykorzystałam do tego celu mój ulubiony już szablonik ( po prawdzie to jedyny jaki posiadam...), który można było oglądać już przy malowaniu podłogi ( TU):


Potem naniosłam na blat warstwę oleju wybielającego do podłóg ( co nam został po malowaniu podłogi oczywiście...) i znowu zrobiłam to na swój własny sposób, bo nie wytarłam nadmiaru, jak w zaleceniach,  tylko pozwoliłam mu w całości wsiąknąć  w dechy.


Olejowałam też deskę z ornamentem, ale tu wytarłam olej po 15 min, bo inaczej byłby widoczny w postaci białych smug na brązowej farbie- i tak trochę jest, ale w akceptowalnej ilości...Następnie przeszlifowałam całość papierem ściernym ( 180 i 320) i zawoskowałam woskiem bezbarwnym, wypolerowałam i voila!:


niestety zdjęcia są jakby pod światło- nie mam aparatu który potrafiłby to zniwelować. więc trudno...

Nogi odświeżyłam tylko warstwą wosku barwiącego na ciemno i wypolerowałam.

Na narożnikach widać jak głupi ma szczęście: ornament nanosiłam od środka ( wyznaczyłam środki każdego boku) i nie dbałam wogóle o to, jak się zejdą na narożnikach, a tu proszę:


zeszły się po prostu idealnie- tak jakbym to godzinami cyrklowała...

Blat ma szczeliny, przebarwienia i po prostu jest piękny (mój mąż się troszkę przejmuje, bo jego zdaniem jedna ze szczelin jest za duża i podobno się powiększa... ja mu odpowiadam, ze mam nadzieję, że się wszystkie powiększą... puka się w głowę ;-))




Powiem Wam, że nie mogę się napatrzeć- ale to znany objaw, chyba każdy tak ma, jak zrobi coś, co mu się podoba, choć dla innych to czasem żadne cudo...



Oczywiście "czar " pryska, jak się dostawi do niego nasze stare krzesła, więc kolejna misja - nowe (stare!!!) krzesła.

A tu jeszcze Wam tylko pokażę jak wyglądał bez zdobienia, olejowania i woskowania:

( grzejnik pod spodem w celu szybszego dosuszenia...)

Mam nadzieję, że wkrótce też zawiśnie nad nim oświetlenie, bo to jedyne już miejsce, gdzie jeszcze goła żarówa... ( ale to wyłacznie moja wina, bo nie mogę się zdecydować ostatecznie...)
 
całuski serdeczne
♥♥♥
j.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...